Rozważne i romantyczne, czyli o tym, jak Bibliotekary się organizują i ruszają w teren.

Stało się. Założyłyśmy klub. Na drodze braku jakichkolwiek ustaleń, dokładnie w Tłusty Czwartek tego roku powstał TKB, czyli Tajny Klub Bibliotekar. *W gruncie rzeczy organizacja nie ma nazwy ani nawet statutu, ale mój chory umysł musi nadawać wszystkiemu kryptonimy.

Pamiętacie Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów? A umarlych poetów? Zakon Feniksa? Też tak chcieliście przez całe dzieciństwo, tylko bez Voldemorta? Ja chciałam i dzięki moim wspaniałym koleżankom mam. Może nie możemy pochwalić się komisją skrutacyjną, mamy za to jeden notes bibliofila na notatki z naszych zlotów. Ale przede wszystkim możemy pochwalić się znamienitym składem organizacji.

Są nas cztery, w każdej inna krew, ale ten sam głośny śmiech. E., M. i U. poznałam, zaczynając moją pierwszą – i ostatnią – w życiu pracę w jednej z księgarni. Dodam, że była to księgarnia dziecięca i macie pełen obraz słodyczy. Do klubu należą:

E. – nieustraszona cyklistka; mistrzyni samorozwoju według „12 zasad”, chodząca wyrozumiałość; ma słabość do silnych mężczyzn – w tym Putina i Trumpa; ostatnio poddaje się katorżniczej diecie, co może mieć jakiś związek z lekturą „12 zasad”. Choć niektóre elementy tego opisu mogą niepokoić – kochamy ją.

M. – mama; znawczyni literatury dziecięcej; wspaniały pedagog i recenzentka; ceni sobie sprawdzone ploteczki i graniczącą z brawurą odwagę…no może nie do końca ;), światły i wrażliwy duch TKB

U. – przyszły szef wszystkich szefów (choć nadal temu zaprzecza); w moich oczach – wcielenie rozsądku, niezależności i odpowiedzialności; poza książkami kocha siostrzeńców i muzykę; to dzięki jej ankietom Google TKB przetrwał Wielki Post i rączo wkroczył w sezon ogórkowy; kiedy dorosnę, będę jak U.

No i ja – A. – odpowiadam za notatki i rubaszne żarty.

Przestałyśmy razem pracować, ale nadal mało nam było rozmów i książek. Jesteśmy jak „Sex w wielkim mieście”, tylko bez sexu. Jeśli któraś z naszej czwórki miałaby być Samthą Jones, to chyba w ostateczności ja, a to nie świadczy najlepiej o poziomie rozerotyzowania naszego stowarzyszenia. Ale jak tak się przyjrzeć bliżej, to E., M. i U. wiele mają w sobie z uroczej Karolci, ale też rozsądnej Mirandy.

Nie wiem, jak Wy, ale ja przepadam za „Klubem miłośników Jane Austen” czy „Kolacją z Anną Kareniną”. Ekranizacja „Klubu…” jest wspaniałym potwierdzeniem tego, że w książkach widzimy i znajdujemy przede wszystkim siebie. Nasze problemy, odpowiedzi na trudne pytania albo przeciwnie – rzeczy, które dopiero zaczynają nas nurtować. No wiecie, trochę prawdy jest w tym, co powiedział o lieteraturze ten słynny Francuz. „Powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” czy coś tam. Odkrywanie prawdy o tym i przypatrywanie się trzem innym Bibliotekarom jest wspaniałą przygodą. I okazją do wspólengo podjadania. 

Bibliotekara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *